O imionach i rodzajach gramatycznych

Każdy tłumacz niejednokrotnie stawał przed dylematem, kiedy niejednoznaczne, pod względem gramatycznym, imię znacznie zwalniało tempo tłumaczenia tekstu. Pisanie „on/ona”, oraz form czasownikowych w rodzaju męskim i żeńskim, nie jest ani ładne, ani też nie ułatwia pracy.

Bywają  imiona uniwersalne – używane przez kobiety i mężczyzn. W języku polskim takim imieniem jest MARIA. Wszyscy pamiętamy znakomitego polityka z Krakowa noszącego to imię (jako drugie).

Angielskie imię HILARY /HILLARY może być imieniem mężczyzny, jak i kobiety. Większość kobiet noszących to imię pisze je zazwyczaj przez dwa L (np. Hillary Clinton), choć są wyjątki (np. Hilary Swank, amerykańska aktorka). Mężczyźni zazwyczaj piszą to imię z jednym L (np. Hilary Minster, angielski aktor). Są i tutaj wyjątki, np. Hillary Makasa (zambijski piłkarz). Podobnie jest w przypadku imienia LESLIE, które może być używane zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn.

W języku polskim zazwyczaj potrafimy podać regułę, że imiona kończące się na „A”, to imiona żeńskie. Nieliczne wyjątki, takie jak KUBA czy BARNABA, niewiele zmieniają. Analogicznie jest z imionami kończącymi się na spółgłoskę.  Są one zazwyczaj męskie, choć Jaguś, znana z reymontowskich Chłopów, była niezaprzeczalnie kobietą.

W języku angielskim takich reguł nie ma. Są jedynie „pewne tendencje”.

  • Imiona męskie mają mniej sylab, niż imiona żeńskie.
  • Imiona męskie są akcentowane na pierwszej sylabie, żeńskie na drugiej.
  • Imiona kobiet kończą się samogłoską, mężczyzn –  spółgłoską.

Anita i Melissa zatem, to typowe imiona kobiet (więcej niż 1 sylaba, kończą się samogłoską).

Len i Tom to typowe imiona męskie (1 sylaba i kończą się spółgłoską).

Tony i Ringo to nietypowe imiona męskie (więcej niż 1 sylaba i końcowa samogłoska).

June i Pam to nietypowe imiona żeńskie (jedna sylaba i końcowa spółgłoska). (Oczywiście mamy na myśli wymowę danego imienia, dlatego JUNE kończy się spółgłoską, gdyż E jest nieme).

Sprawa nie zawsze jest tak oczywista. W znanej na całym świecie serii książek fantasy  – Pieśń Lodu i Ognia – autor (George Martin) stworzył szereg niezwykłych imion dla swoich bohaterów. Devan, Mance, Cotter, Loras, Tarle, Clegane to imiona męskie. Brienne, Rylene, Daenerys, Alayaya to imiona żeńskie. Oczywiście! Okazuje się, że autorzy fantasy, wymyślając niezwykłe imiona dla swoich bohaterów, stosują (prawdopodobnie zupełnie nieświadomie) wyżej podane zasady. Dlatego też wspomniane imiona są niezwykłe jedynie dlatego, że są nieznane, jednakże tworzone według spójnych zasad.

Słyszałem, że obecnie również i w Polsce jest już (bądź ma być)  całkowita dowolność, jeśli chodzi o nadawanie imion. Może być ciekawie. Czyż NICOLE WĄTROBA, czy ANTOINETTE BZDURA-BĄK nie brzmi elegancko i wytwornie?

W czasach „odległej komuny” zdarzały się ciekawe historie związane z imionami. Miriam Aleksandrowicz, aktorka i reżyser dubbingu wspominała kiedyś, że otrzymywała regularnie karty powołania do wojska… Podejrzewam, że „niegramotny” urzędnik pomyli światowe imię NICOLE i wyśle wezwanie do odbycia ćwiczeń wojskowych do… MIKOŁAJA WĄTROBY. Ale to już zupełnie inna historia.

PS. Zbieżność imion i nazwisk jest przypadkowa.

Palindromy, mordnilapy i (podobno) tajemne przekazy

Są osoby, które twierdzą, że w wymiarach Piramidy Cheopsa zapisana jest cała wiedza matematyczna świata. Na potwierdzenie tej tezy, przestawiają serię wymiarów budowli, dzielonych lub mnożonych przez szereg cyfr i liczb, co daje na przykład odległość od Ziemi do Księżyca wyrażoną w kilometrach lub długość roku w godzinach. W takiej sytuacji nasuwa się pytanie, czy starożytni Egipcjanie znali kilometry i godziny?  Prawda jest taka, że jeśli podzielimy jakąkolwiek liczbę przez inną, wcześniej wyliczoną wartość, otrzymać możemy każdą interesującą nas liczbę. Dlatego też, co pewien czas obiega świat (czytaj: Internet) mem, który „widzi” w przypadkowym ciągu liczb (dodanych do siebie, podzielonych lub poddanych innym działaniom matematycznym), datę urodzin, na przykład,  Elvisa Presleya, bądź datę (kolejnego) końca świata.

Podobne sytuacje występują w przypadku analiz niektórych zjawisk językowych. Zapewne większość z nas słyszała o palindromach, czyli wyrazach, bądź zdaniach, które czytane w obu kierunkach mają dokładnie to samo znaczenie. Przykłady: radar;  żartem w metraż; kobyła ma mały bok –  i inne. Palindromy, oczywiście,  obecne są również w innych językach.  Na przykład angielskie devil lived, czy hiszpańskie o rey, o joyero (znaczenie: albo król, albo jubiler). Prawdopodobnie w przeszłości miały one znaczenie magiczne.

Ciekawym zjawiskiem językowym jest mordnilap. Jest to słowo (bądź fraza), które czytane od końca daje wyraz (lub frazę), ale o innym znaczeniu (nazwa zjawiska to po prostu słowo palindrom czytane od końca; każdy z czytających zapewne już to zauważył bez mojej pomocy). Prosty przykład z języka polskiego to słowo kara – które czytane na wspak daje słowo arak.

Entuzjaści językowi idą oczywiście dalej: słowo w jednym języku czytane od końca może dać zupełnie inne słowo w innym. Przykładem może być nazwisko obecnego prezydenta USA, Obama, które czytane od końca tworzy łaciński wyraz amabo (znaczenie: będę kochał). Z pewnością jest spora grupa zwolenników obecnego prezydenta, którzy widzą ewidentny związek pomiędzy nazwiskiem prezydenta i jego mordnilapem. Miejmy nadzieję.

Choć dla większości z nas tego rodzaju zwierciadlane pary słów to niewiele więcej niż ciekawostki językowe, niektórzy doszukują się szczególnych przekazów w tego typu zależnościach.  Są osoby, które widzą ewidentny związek pomiędzy wyrazem dog (pies), oraz jego odwrotnością – słowem God (Bóg). Fakt sam w sobie ciekawy, choć zauważyć należy, że omawiany związek ograniczony jest do języka angielskiego, i to tylko do jego współczesnej odmiany. W Średniowieczu słowo określające Boga pisane było, co prawda, tak samo (God), jednakże pies pisany był inaczej (dogge). Jeszcze wcześniej, w okresie rozwoju języka angielskiego zwanym Old English, wyraz ten miał jeszcze inną pisownię (docga).

W siedemnastym wieku „pies” pisany był już tak, jak współcześnie (dog). Wtedy właśnie, podczas powszechnych procesów czarownic, nierzadkie były oskarżenia, że diabeł ukazywał się pod postacią psa. Obecnie uznaje się, że tego rodzaju przekonania spowodowane były przez wyżej opisane przypadkowe zjawisko językowe. Po prostu.

Morał: nieświadomość językowa może skutkować spaleniem na stosie.

Słownik przymiotników (złotych), czyli coś dla prawdziwych language aficionados

Dziś ciekawostka leksykalna – ciekawy słownik przymiotników, tych naprawdę „wypasionych”, dla prawdziwych koneserów językowych.

Słownik nie tylko omawia znaczenia każdego z przymiotników, ale również  podaje wymowę omawianego wyrazu (z wykorzystaniem, co prawda,  dość specyficznego systemu zapisu wymowy). Równie ważną cechą słownika jest to, że podane,  autentyczne (podobno) zdania, ilustrujące zastosowanie danego przymiotnika.

Lektura tego słownika sprawia, że czytelnik nabiera swego rodzaju pokory, jeśli chodzi o postrzeganie własnego zasobu słownictwa. Zaznaczam, że po nawet pobieżnym zapoznaniu się z książką, nikt więcej nie powie, że  „ma bardzo bogate słownictwo angielskie (i w ogóle wie wszystko)”.

Już w pierwszym rozdziale napotykamy takie ciekawe wyrazy jak, na przykład:

abortifacient, abstergent, adamanteen, addlepated, adscititious, agminate, agrestic, alopecic, altricial, ambagious (tak, to coś innego niż ‘ambiguous), amygdaline, anaphrodisiac, anguilliform, anserine, antepenultimate, antreprandial, arenicolous, arsy-varsy, atrabilious, avunculat…

Ciekawe, że wielu z nich nie można znaleźć w żadnym dostępnym słowniku angielsko-polskim. Często jedynym pewnym źródłem, w którym znajdziemy znacznie danego słowa (oprócz omawianego słownika, oczywiście), jest 13-tomowy The Oxford English Dictionary. Każdy anglista wie, co to jest, choć nie każdy, niestety, widział i korzystał.

Teraz rzecz najważniejsza – czyli tytuł. Opisywane dziś dzieło to: The Highly Selective Dictionary of Golden Adjectives for the Extraordinarily Literate, autorstwa Eugene’a Ehrlicha (wyd. Harper, 2002 r.).

Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że nawet najbardziej oczytana osoba nigdy nie napotka wielu z wymienionych w książce przymiotników w czytanych przez siebie tekstach. W przypadku tekstów mówionych, prawdopodobieństwo jest jeszcze bardziej znikome.

Badania językoznawców dowodzą, że znajomość ok. 3.000 słów pozwala nam na zrozumienie właściwie każdego przekazu (oczywiście w ograniczonym zakresie, przy czym zakres ten maleje wraz ze wzrostem specjalistycznego charakteru wypowiedzi).

No i co z tego? Są języki które mają bardzo ograniczony zakres słownictwa. Na przykład w języku piraha jest tylko jedno słowo określające zarówno ojca, jak i matkę. Są języki, które opisują kolory dwubiegunowo, używając w zasadzie dwóch  podstawowych określeń (kolor suchy  i kolor mokry). [W tym miejscy warto przywołać naturalną umiejętność rozróżnienia przez większość kobiet  pomiędzy kolorem łososiowym, a brzoskwiniowym; dla większości mężczyzn jest to tak samo nierealne, jak rozróżnienie pomiędzy „m” a „m”].

W słowniku ortograficznym języka polskiego jest ok. 150.000 haseł. Słów w języku angielskim jest prawie 10 razy więcej (warto poczytać sobie jedną w wielu historii języka angielskiego /jeden z najbardziej znienawidzonych przedmiotów na anglistyce/, żeby dowiedzieć się, dlaczego angielszczyzna jest tak bogata w wymiarze  leksykalnym).

W tym miejscu aż ciśnie się na usta cytat z klasyka: „chodzi mi o to, aby język giętki…”. Nikt nie oczekuje, że będziemy przy śniadaniu rozmawiać na temat „alopecic conditions” czy „antepenultimate syllables” (w tym przypadku akurat znam osoby rozmawiające przy porannej kawie o … sylabie).  Chodzi  po prostu o większą świadomość językową.

Dla entuzjastów (i nie tylko) proponuję krótki „autotest”. Spójrz raz jeszcze na  21 przymiotników z tabelki. Ile z nich rozumiesz, a ilu znaczeń się domyślasz? Osoby znające języki romańskie mają znacznie ułatwione zdanie (ze względów historycznych). Natomiast dla tych, którzy oprócz angielskiego znają jeszcze niemiecki (lub inny język germański), bądź języki słowiańskie, dobrym wynikiem będzie znajomość znaczeń… dwóch przymiotników z listy. Naprawdę.

Błąd gramatyczny w światowym przeboju, czyli co wolno wojewodzie (czytaj ABBIE)

Któż nie zna legendarnego już przeboju „Fernando”, równie legendarnej szwedzkiej grupy ABBA?

Okazuje się, że nawet takim gigantom też może się przydarzyć wpadka językowa. W drugiej zwrotce ballady słyszymy:

„Now we’re old and grey Fernando,

And since many years I haven’t seen a rifle in your hands….”

No cóż, czas Present Perfect z since i for to temat przerabiany już w drugim semestrze każdego kursu językowego. Dlatego każdy wie, że powinno być:

And for many years I haven’t seen …..

Błąd poważny? Owszem. Nawet bardzo.

ABBIE dość wcześnie uświadomiono to potknięcie – bo już w marcu 1976 r., gdy wydano płytę. Było już za późno, żeby coś zrobić – stąd piosenka „chodzi” od prawie 40 lat z błędem.

Nie przeszkodziło to jednak temu, że singiel Fernando ABBA sprzedała w największej liczbie egzemplarzy (ponad 10 milionów) –  wyprzedzając nawet taki hit jak „Dancing Queen”.

Mówiąc o „Dancing Queen” warto wspomnieć, że przez kilkadziesiąt lat (tj. od 1976 r., gdy wydano singla i album zawierający ten sztandarowy już przebój – tj. album Arrival), drukowana wersja tekstu piosenki zawierała nie tyle błąd, co dość bezsensowne wyrażenie:

W refrenie  mamy taki oto tekst (pisownia oryginalna):

„You can dance, you can jive, having the time of your life, oo-woo

See that girl, watch that scene, dig in the Dancing Queen”

Próbowano doszukać się w tym wyrażeniu „drugiego dna”, sugerując, że jest to dosłowne tłumaczenie jakiegoś szwedzkiego idiomu. Po dziś dzień istnieją fora internetowe, na których fani przeprowadzają analizy lingwistyczne tych dwóch słów…  No cóż, dig in absolutnie nie pasuje do kontekstu (najczęstsze znaczenie to ‘zabrać się do jedzenia’ oraz ‘zakopać coś’). Kontekst tańczącej dziewczyny w dyskotece zupełnie tutaj nie przystaje. Miałoby to może sens, gdyby piosenka była adresowana do pewnych  „tradycyjnie odżywiających się” populacji zamieszkujących odległe zakątki Papui Nowej Gwinei.  Cóż więc zrobiono? Mały zabieg „wyprostował” sprawę. Od kilku lat wydaje się tekst piosenki w wersji „poprawionej”, gdzie „dig in” zmieniono na „diggin’”, co w potocznej angielszczyźnie znaczy „patrzeć na coś/kogoś” oraz „lubić coś/kogoś”. Wyrażenie ma jeszcze kilka innych znaczeń, ale te dwa najbardziej pasują do kontekstu. Sprytnie, bo nie trzeba było nagrywać piosenki od nowa, gdyż obydwa wyrażenia wymawiane są identycznie.

W przypadku piosenek błędy, takie jak te omówione powyżej,  żadnej wymiernej szkody nikomu raczej nie wyrządziły. Najwyżej sprowokowały bardziej uważnych słuchaczy do wsłuchania się w tekst.

Zmieńmy kontekst na nieco bardziej żartobliwy. Wyobraźmy sobie jedno z tych legendarnych plemion żyjących w niedostępnych zakątkach Papui Nowej Gwinei, w których kanibalizm został właściwie wytępiony, z tym że „nie do końca”. Schwytano tańczącą dziewczynę o imieniu Queen (imię stosowane w USA). Pada pytanie: – Co z nią zrobić? Wtedy wódz wioski (który nie lubi mówić) pisze coś na kartce. Miejmy nadzieję, że nie napisał „dig in the dancing queen”…

PS. Szczęśliwego Nowego Roku.

Zbezczeszczony klasyk, czyli kiedy należałoby postawić tłumaczkę pod pręgierzem (na dwa tygodnie przynajmniej)

My tailor is rich” – to  pierwsze zdanie w legendarnym już podręczniku do nauki języka angielskiego dla Francuzów – „Anglais sans paine” autorstwa Alphonse’a Chérela, wydanym przez wydawnictwo Assimile w roku 1929.  Od tego czasu wydawnictwo wydało podręczniki do nauki prawie 80 różnych języków i dialektów (dla osób mówiących po francusku). Pojawiły się również podręczniki dla osób mówiących innymi językami (w ograniczonym asortymencie – np. wydano  podręczniki do nauki angielskiego i francuskiego dla osób mówiących po arabsku).

Metoda Assimil może być bardzo skuteczna, szczególnie dla osób nielubiących gramatyki, dla których rozróżnienie między dopełnieniem bliższym i dalszym jest tak samo realne, jak rozróżnienie między izotopami węgla.

Assimil to często jedyny dostępny podręcznik dla samouków w przypadku niektórych języków (np. pismo hieroglificzne języka średnioegipskiego, bądź język luksemburski).

Podręczniki Assimil, wydawane od 80 lat i stale unowocześniane i udoskonalane, umożliwiły milionom entuzjastów językowych na całym świecie poznanie jednego lub większej liczby języków obcych. Assimil to klasyk par excellence.

Kiedyś poproszono mnie o polecenie kursu, którego opanowanie pozwoliłoby na swobodną komunikację właściwie w każdym zakresie i na każdy temat, z minimalną dawką objaśnień gramatycznych. Pomyślałem natychmiast o kursie Assimil, którego opanowanie przekłada się na czynną znajomość ponad 2.000 słów i wielu wyrażeń idiomatycznych.

Okazało się, że jedno z wydawnictw polskich postanowiło wydawać Assimile dla Polaków. Zakupiłem więc egzemplarz (z płytami CD) i wręczyłem całość zainteresowanej osobie.

Kilka dni później, podczas rozmowy na temat postępów w nauce języka, okazało się, że podręcznik został … rzucony w kąt. Dlaczego?

Każde zdanie, oprócz podanej wymowy, tłumaczone jest na dwa sposoby: najpierw tłumaczenie dosłowne, wyraz po wyrazie, a następnie podawane jest tłumaczenie naturalne.  Przykład:

„Where  are     you going?”

= [Gdzie jesteś  ty    idący?]

= Dokąd idziesz?

Taki sposób prezentacji materiału ma swój sens i dla wielu osób jest to jedyny sposób na opanowanie zasad gramatyki. Ale nie o to tutaj chodzi.

W lekcji pierwszej pojawia się zdanie:

I am fine”, które zostało „dosłownie” przetłumaczone – uwaga! – jako „jestem cienki” (!!!), po czym następuje poprawne tłumaczenie „mam się dobrze/dobrze się czuję/w porządku” (nie pamiętam, który wariant wybrano – nie ma to tutaj znaczenia).

Wspomniany samouk nie był w stanie zrozumieć, jaka jest zależność pomiędzy „cienki”, a „czuję się dobrze” (zaznaczam, że samouk nie był dietetykiem). Odrzucił więc książkę, bo okazała się za trudna i najpewniej zakładająca posiadanie jakiejś tajemnej wiedzy językowej, którą przecież nie dysponował.

Wina leżała CAŁKOWICIE po stronie tłumaczki/redaktora wersji polskojęzycznej. Osoba ta, tłumacząc dosłownie słowo „fine”,  irracjonalnie postanowiła wybrać znaczenie „cienki” (piąte lub szóste znaczenie – w podstawowym słowniku).  Błąd jest nie tylko z tych mega-galaktycznych, ale również ma charakter złożony. Po pierwsze, fine, gdy ma znaczyć cieki, używa się w połączeniu z takimi wyrazami jak włosy, linia, nić, warstwa. Gdy słowo fine ma opisywać człowieka, wówczas znaczyć może wytworny, wspaniały. Natomiast podstawowe znaczenie przymiotnika to świetny, dobry, w porządku, piękny (o pogodzie) itd., czyli przymiotniki zawierające się w polu znaczeniowym pojęcia dobry.  Co więcej, jestem cienki (w znaczeniu szczupły), to po angielsku „I am slim/thin”, natomiast cienki w znaczeniu słaby, marny, to poor.

Uczący się zauważy bez problemu związek znaczeniowy pomiędzy  jestem dobry/w porządku a formą czuję się dobrze/w porządku.

Znalezienie takiego związku pomiędzy jestem cienki, a mam się dobrze, nie jest możliwe.

Jakie są wnioski?

1. Wielka szkoda, że taki właśnie mega błąd pojawił się już w lekcji pierwszej, zniechęcając skutecznie do dalszej nauki (naturalne jest, że jeśli coś nie jest jasne od początku, możemy przyjąć, że będzie tak również na następnych etapach nauki; skutkuje to odrzuceniem danego podręcznika/metody).

2. Pojawienie się takiego błędu sugeruje, że polskie wydawnictwo nie dochowało nawet minimalnego poziomu staranności w procesie przygotowania polskiej edycji dzieła do druku.  Błąd w stylu „Szwajcario, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” nie ma prawa znaleźć się w lekcji pierwszej (ani żadnej innej) sztandarowej pozycji wydawnictwa publikującego podręczniki do nauki języków!

3. Dlaczego nikt na to nie zwraca uwagi? Osoby znające angielski nie czytają pierwszej lekcji z podręczników dla początkujących, a jeśli tak się zdarzy, to nie wczytują się w objaśnienia gramatyczne.

4. Osoby odpowiedzialne za ten bubel powinny stanąć pod pręgierzem, z napisem na piersi:  jestem cienki / cienka. A osoby, które zdążyły przerobić lekcję 2, mogłyby dopisać jeszcze nowopoznane słowo: VERY!

PS. Rzeczone „dzieło” to: „Język angielski – łatwo i przyjemnie”

27 określeń na wąsy w języku albańskim, pozwolenie na budowę i padający ciągle deszcz, czyli zawiłości semantyki

Każdy z nas widział zapewne pewną reklamę telewizyjną, w której aktorka odgrywająca tłumaczkę języka albańskiego twierdzi, że Albańczycy mają ponad 200 określeń na wąsy. Podobne historie powtarzane są o dziesiątkach, a nawet setkach określeń na śnieg w językach używanych przez Eskimosów.  W takich sytuacjach cytowana jest również hipoteza Sapira-Whorfa, o wpływie języka na sposób myślenia.

Prawda jest nieco inna. Okazuje się, że w języku albańskim, oprócz ogólnego określenia na wąsy – mustaqe – Albańczycy używają  jeszcze 26 innych określeń na włosy rosnące na górnej wardze mężczyzn. Dla przykładu – pierwsze dziesięć:

madh – gęste wąsy

holl – cienki wąsik

varur  – wąs sumiasty

big – wąsy podkręcone ku górze

kacadre – wąsy, których same końcówki są skierowane do góry, coś w stylu Salvadora Dali

glemb – wąsy ze zwężającymi się końcami

posht – wąsy zwisające na końcach

fshes  – długie, szczeciniaste wąsy

dirs ur – wąsy, które dopiero się „sypią” (u nastolatka)

rruar – ze zgolonym wąsem

Co ciekawe, Albańczycy mają również 27 określeń na opisanie różnych rodzajów brwi, np. vetullkalem – brwi cienkie, jak gdyby namalowane kredką; vetullhequr – brwi wyskubane; vetullperpjekur – brwi złączone, vetullhen – brwi w kształcie półksiężyca i… jeszcze 23 inne terminy. Jak widzimy są to zupełnie inne słowa opisujące całkowicie odrębną „rzeczywistość anatomiczną”.

W zdaniu „nie lubię wąsów u mężczyzny” użycie ogólnego terminu mustaqe będzie całkowicie uzasadnione, natomiast podczas przygotowywania portretu pamięciowego poszukiwanego przestępcy grafikowi ułatwiłaby pracę Albanka, która opisując złoczyńcę wspomniałaby o jego fshes oraz oczach ocienionych straszliwymi vetullperpjekur.

Odwrotnością tego jest sytuacja, gdy na siłę próbuje się dokonać rozróżnienia tam, gdzie różnicy żadnej nie ma. Można powiedzieć przecież i żółty, i kanarkowy – dla fizyka będzie to w zasadzie ten sam wycinek widma. Pamiętam przypadek, gdy przygotowując tłumaczenie tekstu o decyzjach administracyjnych dla małego, dwuosobowego zespołu specjalistów, użyto wyrażenia „building permit” do określenia pozwolenia na budowę. Osoba nr 1 zaakceptowała tłumaczenie bez zastrzeżeń. Po kilku miesiącach trzeba było wnieść dodatkowe treści do tekstu. Tym razem proces nadzorowała osoba nr 2. Wykreśliła wszystkie przypadki użycia „building permit” i zmieniła na „construction permit”, dodając przy tym adnotację: „W zasadzie OK. Ale nie buiding permit, tylko construction permit. Zawsze i wszędzie”. No cóż…

Prawda jest taka, że można użyć obu terminów, gdyż są to stuprocentowe synonimy. Ważne jest jedynie, by konsekwentnie stosować jednego lub drugiego terminu. Próba doszukania się tutaj różnicy znaczeniowej ma taki sam sens, jak próba znalezienia różnicy w składzie chemicznym wody, lodu i pary wodnej. Natomiast odrzucanie innego wariantu a priori, „bo tak lepiej brzmi”, albo „bo takie mam przeczucie” jest zupełnie nieuzasadnione. Przeczucia bywają czasami trafne, na przykład wtedy, gdy żona podejrzewa, że jej mąż ma kochankę.

Warto w tym miejscu wspomnieć o wyrazach, które choć wydają się identyczne znaczeniowo dla niespecjalisty, identycznymi faktycznie nie są. Dwa angielskie słowa „continually” i „continuously” tłumaczone są przez większość słowników angielsko-polskich właściwie za pomocą tych samych przysłówków: ciągle, nieustanie, nieprzerwanie. Zatem słowniki uznają te dwa słowa za synonimy. A nie są.

Continually, znaczy:  ciągle, ale z przerwami         [ ______  ______  ______  _____ ]

Continuously, znaczy: ciągle, bez przerw               [ __________________________ ]

Mówiąc, że deszcz padał „continuously” cały wieczór – zakładamy, że deszcz padał nieprzerwanie przynajmniej od popołudnia przez resztę wieczoru.

Mówiąc z kolei, że w Irlandii deszcz pada „continually” przez całą zimę – nie mamy na myśli, że pada bez przerwy przez kilka miesięcy zimowych, lecz że zimą w Irlandii często pada deszcz (tj. z przerwami).

Każdy z nas wie jak wygląda ząb. Wielu z nas nawet wie, jak nazywają się poszczególne zęby. Każdy wie, jak boli ząb. Każdy również wie, jak wygląda leczenie zęba u dentysty. Słowem – każdy z nas ma sporą wiedzę z zakresu stomatologii (tak nam się przynajmniej wydaje). Ale czy to oznacza, że możemy wyrywać ósemki i plombować ubytki? Nie bardzo. Jeżeli tak się zdarzy, że wymyjemy zęby niezgodnie z zaleceniami Towarzystwa Stomatologicznego, nic strasznego się nie stanie. Nikt nie umrze, nikt nie zachoruje. Opisując płaczące dziecko za ścianą w środku nocy, nie będzie miało większego znaczenia, czy użyjemy wyrazu continually, czy też continously.

W przypadku umów handlowych, opisów procesów technologicznych, bądź różnych instrukcji podstawowe znaczenie ma precyzja przekazu.  Gruntowna wiedza w zakresu semantyki danego języka obcego, której nie zapewni żaden komercyjny kurs, lektorat ani certyfikat, jest w takich sytuacjach niezbędna. Warto o tym pamiętać.

Udawana Szwedka oraz smażona wiedźma w hotelu Ibis

Powszechnie uważa się, że Szwedzi, albo szerzej –  Skandynawowie –  znają bardzo dobrze język angielski. Będąc ostatnio w Sztokholmie mogłem wielokrotnie  przekonać się o tym „na własne uszy”. Bardzo płynna i w zasadzie poprawna angielszczyzna z charakterystycznym, śpiewnym akcentem. Jedynym wyjątkiem była pewna pani w średnim wieku, która na moje pytanie, jak dojść do Gamla Stan (Stare Miasto), odpowiedziała – po polsku (!) – „zaraz… Gamla Stan.. to tam, tam” – wskazując ręką kierunek. W sumie miło i przyjemnie.

Językowe wysublimowanie próbowała zastosować pewna młoda dama, która chciała niepostrzeżenie „dołączyć” się do przedniej części kolejki czekającej na autobus mający zawieźć pasażerów na lotnisko. Wiadomo, autobus ma ograniczoną liczbę miejsc – osoby z końca kolejki musiałby czekać kolejne pół godziny na następny.  Młoda dama stanęła najpierw z boku kolejki, potem zaczęła przysuwać się do niej mikroskopijnymi krokami, próbując w ten sposób  „wtopić się” w stojącą obok rodzinę. Wyglądało to na opracowany i sprawdzony patent, bo nikt w widoczny sposób nie zwracał na to uwagi.  Bardzo nie lubię, gdy ktoś wpycha się bezpardonowo bez kolejki  (autobus lub pociąg, pas ruchu na drodze, itd.). Zwróciłem się do damy tymi słowy: „I am very sorry, but the end of this queue is about 20 metres back – over there”. Dama spojrzała na mnie i odpowiedziała „po szwedzku”: „Jag inte forstår på engelska” – co miało znaczyć, że nie rozumie po angielsku. Zdanie było całkowicie zrozumiałe, ale niepoprawne. We wszystkich językach germańskich „nie” stawiamy po czasowniku (np. I must not; ik spreek niet; jag talar inte; ich spreche nicht, itd.). W językach romańskich i  słowiańskich sytuacja jest inna – zazwyczaj nie umieszcza się przed czasownikiem (np. non parlo italiano, no hablo ingles, nie mówię po polsku, itd.).  Pani użyła polskiej / romańskiej składni, co dyskwalifikowało ją jako Szwedkę. Zresztą byłaby chyba pierwszą Szwedką niemówiącą po angielsku. Gdy powtórzyłem zdanie po polsku i wskazałem ręką koniec kolejki, Pani zdecydowała się nadal udawać, że nic nie rozumie, jednakże z obrażoną miną skierowała się na koniec kolejki. Udawała Szwedkę, czyli Greka. Ale polski chyba jednak znała, bo z torby wystawał jej Super Express.

Drugi ciekawy przykład to menu w restauracji sieciowego hotelu Ibis. Oprócz zatrważających cen (w końcu Szwecja to kraj, w którym – że zacytuję klasyka – „bogactwo aż piszczy”), znalazł się również kwiatek językowo-tłumaczeniowy. Szwedzki wyraz „rödtunga”, oznaczający solę cytrynową, został przetłumaczony na język angielski za pomocą słowa „witch” (czarownica, wiedźma). Z menu wynika, że po uiszczeniu 179 koron można dostać: „Wiedźmę usmażoną na maśle podaną ze szpinakiem w śmietanie, w sosie z białego wina i z młodymi ziemniakami” (butter fried witch served with creamy spinach, white wine sauce and new potatoes). Zastanawiam się, czy podają całą wiedźmę, czy też  tylko jakąś część – przysłowiowe skrzydełko, czy nóżkę. Bo jeśli całą, to w sumie wychodzi niedrogo.

Pomimo smażonych wiedźm i udawanych Szwedek udających Greka, Szwecja to jednak wspaniały kraj – bardzo przyjazny dla użytkownika. Rozumiem, dlaczego refren hymnu szwedzkiego kończy się tymi oto słowami: „Ack,  jag vill leva, jag vill dö i Norden” (Ach, ja chcę żyć, ja chcę umrzeć na Północy”).

Ibis menu

Strona stronie nierówna, czyli co to jest strona obliczeniowa?

Dzwoni telefon. „Dzień dobry. Proszę pana, mam taki dokument ze Stanów w sprawie emerytury. Ile  będzie kosztowało tłumaczenie?”

Wtedy wiem, że szykuje się dłuższa rozmowa. Na moje pytanie dotyczące długości tekstu, odpowiedź jest zwykle standardowa: „Na pierwszej stronie jest trochę, druga jest cała, a na trzeciej właściwie niedużo.” Też niewiele wiem.

Osoby niemające styczności z tłumaczeniami / tłumaczami zazwyczaj nie są świadome faktu, że strona papierowa tekstu nijak się ma do faktycznej ilości jednostek przeliczeniowych. Są strony zawierające jedno krótkie zdanie; widziałem też stronę zawierającą ogólne warunki ubezpieczeń, napisaną tak małą czcionką, że po przekonwertowaniu jej do pliku tekstowego w tzw. normalnej wielkości, tekst liczył ok. 25 stron obliczeniowych.

Strona rozliczeniowa pozwala określić wielkość tekstu oraz wyliczyć wynagrodzenie. Gdyby podstawą były faktyczne strony papierowe, tłumacze otrzymywaliby teksty napisane na jednej stronie, których odczytanie jednakże wymagałoby użycia silnej lupy bądź mikroskopu…

W przypadku tłumaczeń przysięgłych wielkość strony rozliczeniowej została określona w Ustawie o zawodzie tłumacza przysięgłego  (Dz. U. Nr 273, poz. 2702, Dz. U. Nr 107, poz. 2792 z 27 czerwca 2006 r.) oraz w Rozporządzeniu Ministra Sprawiedliwości z dnia 24 stycznia 2004 (Dz.U. Nr 15 z 2005 r., poz 131).

Jedna strona obliczeniowa tłumaczenia przysięgłego to 1125 znaków (ze spacjami) tekstu docelowego (czyli tekstu przetłumaczonego).

W przypadku dłuższych tekstów, na wydruku może zmieścić się więcej niż jedna strona obliczeniowa – należy być świadomym tego faktu.  Wtedy będzie można uniknąć kłopotliwych rozmów typu: „Dostałem 2 strony tekstu na papierze, a policzył mi pan za 5 stron”. W takiej sytuacji można poprosić tłumacza o przesłanie emailem tekstu w MS Wordzie, co pozwoli na sprawdzenie prawidłowości wyliczenia w zaciszu domowym,  bądź  – upraszczając sprawę – poprosić o pokazanie statystyki tekstu na komputerze tłumacza (rzadkie). Osoby chcące sprawdzić wyliczenie w sposób dyskretny same zeskanują tłumaczenie w domu, przekonwertują je do edytora tekstu, a następnie sprawdzą liczbę znaków. Wtedy okazuje się, że wyliczenie było prawidłowe.

Kolejne nieporozumienie. „Wyszło mi 1400 znaków, czyli niecałe półtorej strony, a policzono mi za dwie. Dlaczego?”

Wyżej wymienione przepisy prawa regulują i ten aspekt tłumaczenia: każda rozpoczęta strona liczona jest jako cała.

Zatem teoretycznie tekst składający się z 1126 znaków powinien być traktowany, zgodnie z literą prawa, jako składający się z dwóch stron.

Kolejna sprawa to stawki. Istnieje, co prawda,  tabela stawek wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego, ale dotyczy ona jedynie tłumaczeń wykonach na żądanie sądu, prokuratury, policji oraz organów administracji publicznej.

W przypadku tłumaczeń wykonanych na rzecz osób fizycznych lub prawnych, niebędących wyżej wymienionymi organami administracji publicznej, stawki nie są w żaden sposób regulowane. Podobnie zresztą, dentyści mają bardzo różne stawki za takie same zabiegi;  prywatnie przyjmujący lekarze również samodzielnie ustalają swoje honoraria. Co ciekawe,  jakoś nikt zazwyczaj nie prosi lekarza o rabat lub bonifikatę…

Tłumaczenia nieuwierzytelnione, czyli tzw. tłumaczenia zwykłe („nieprzysięgłe”) nie są uregulowane ustawowo, zarówno jeśli chodzi o długość strony obliczeniowej, jak i stawki. Tutaj tłumacz winien kierować się zasadami etyki zawodowej. Strona rozliczeniowa to najczęściej 1500 znaków (ze spacjami), choć zdarzają się strony krótsze, jak i dłuższe.  Jeśli chodzi o stawki – powinny one odzwierciedlać wykształcenie tłumacza, jego doświadczenie i umiejętności zawodowe. Z tym też różnie bywa, ale to już zupełnie inna historia.

Chytry dwa razy traci, czyli kiedy „super tanio” znaczy coś zupełnie innego

Całkiem niedawno dostałem zlecenie poprawienia dwóch dużych tekstów tłumaczonych przez „pewną agencję”. Staram się unikać takich zleceń, bo doprowadzenie niektórych tekstów do stanu używalności często zajmuje tyle samo czasu, co przetłumaczenie od początku.

Teksty napisane były tragicznie – poziom języka minimalnie lepszy od tłumaczenia maszynowego. Co więcej, spójność terminologiczna w zasadzie nie istniała. To samo pojęcie tłumaczone było na trzy różne sposoby (czyżby trzy różne osoby?) . Poza tym teksty były pełne błędów gramatycznych na poziomie (słabego) gimnazjalisty.

Klient zlecił tłumaczenie agencji współpracującej „z najlepszymi i najbardziej doświadczonymi tłumaczami w branży”.  Agencja przyciągnęła klienta dumpingową stawką –  tak niską, że żaden szanujący się tłumacz – pracując niezależnie –  nie zgodziłby się jej przyjąć. A przecież  stawka obejmowała zarówno wynagrodzenie tłumacza jak i marżę agencji.

Skutek: klient zapłacił agencji za tłumaczenie. Tłumaczenie zostało zrealizowane terminowo w jakości opisanej powyżej. Klient składa reklamację – agencja odpiera argumenty klienta. Zaczyna się wymiana korespondencji. Klient nie ma czasu (przynajmniej tu i teraz) na dalsze spory – potrzebuje pilnie tłumaczenia na odpowiednim poziomie. Zwraca się do innego tłumacza o dostosowanie tekstu. Tłumacz poprawia 1 stronę (właściwie tłumaczy ją od nowa) i wysyła do klienta. Klient uświadamia sobie, że tekst musi być tłumaczony w zasadzie od nowa. Czasu jest niewiele, więc zleca wykonanie usługi w trybie superekspresowym. Otrzymuje tłumaczenie i odpowiednio wysoką fakturę.  Stan faktyczny: klient zapłacił 2 faktury za jedno tłumaczenie (niewielka kwota – za tłumaczenie z agencji, oraz odpowiednio wysoka za tłumaczenie wykonane przez niezależnego tłumacza w trybie superekspresowym).

Czy to częste przypadki? Owszem. Niektórzy klienci otwarcie mówią: „nigdy więcej xxx!!!” (tutaj pada nazwa danej agencji, niejednokrotnie z tradycjami), po czym następuje opis zdarzenia. Pamiętam dobrze sytuację, w której bardzo znana agencja przyjęła zlecenie  tłumaczenia z języka włoskiego na polski pewnego tekstu dotyczącego łączenia się banków (tekst bardzo ogólny bez tzw. „szałów językowych”).  Agencja (niespecjalizująca się w języku włoskim) przesłała tekst do kogoś, kto rzekomo ten język znał. Po przesłaniu tłumaczenia (na język polski), okazało się, że tekst jest – krótko mówiąc – bez sensu. W tekście włoskim pojawiało się często określenie „sportello bancario”. Wyraz „sportello” najczęściej występuje w znaczeniu „okienko” (np. na poczcie). „Sportello bancario” natomiast oznacza … oddział banku.  Tłumaczka (wiemy, że to była tłumaczka, bo podpisała się pod tłumaczeniem) była najwidoczniej nieświadoma tego znaczenia, gdyż konsekwentnie używała terminu „okienko”,  pisząc namiętnie o …..współpracy okienek (bankowych), czy łączeniu się okienek, a nawet o zakładaniu i otwieraniu okienek (otwieranie okienek akurat miałoby nawet jakiś sens – choć może w tekście budowlanym). Pamiętam, że poprawiałem ten tekst razem z siedzącym obok mnie klientem, śmiejąc się do łez z frazeologii okienkowej. Zlecający zapłacił duże pieniądze za tłumaczenie (miało być bardzo szybko i bardzo dobrze). Było szybko i drogo.  No i bez sensu.

Tak się jakoś składa, że gdy klient prosi agencję o podanie danych i  kwalifikacji tłumacza/tłumaczy, którzy mają pracować nad danym projektem, agencje takich informacji nigdy nie udzielają, tłumacząc się tajemnicą handlową, ochroną danych osobowych itd. Dlaczego? Dlatego,  że ci „doświadczeni specjaliści w dziedzinie tłumaczeń” najczęściej z daną agencją nie współpracują, w szczególności, gdy agencja oferuje im stawki wołające o pomstę do nieba.

Każdy z nas zakupił kiedyś jakieś importowane urządzenie lub produkt, do którego dołączona była instrukcja napisana w języku przypominającym język polski, a której to instrukcji – pomimo wysiłków –  nie udawało się w żaden sposób zrozumieć.

Co może zrobić zlecający tłumaczenie, dla którego kwestia ceny ma zasadnicze znaczenie? Powinien uświadomić sobie następującą zależność: niska stawka oferowana przez agencję oznacza jeszcze niższą stawkę dla tłumacza faktycznie wykonującego dane tłumaczenie. Może to oznaczać, że po odjęciu kosztów (prowizji) przez agencję, wynagrodzenie dla tłumacza okaże się o wiele  niższe, niż stawka oferowana za pakowanie hamburgerów w fast-foodach.

Zlecający powinien sobie zadać następujące pytanie – czy rzeczywiście chcę powierzyć tłumaczenie ważnego dla siebie dokumentu takiej osobie? Czy możliwe jest, że doświadczony i doskonale wykształcony specjalista podejmie się trudnego przecież zlecenia za tak niską stawkę? Czy rzeczywiście obietnice składane przez niektóre agencję są możliwe do spełnienia? Czy opłaca się ryzykować?

Wysoka jakość, niska cena oraz ekspresowe tempo to trzy podstawowe czynniki, brane pod uwagę w procesie zlecenia tłumaczenia. Wszystkie są ważne, jednakże warto uświadomić sobie podstawową prawdę: NIE JEST MOŻLIWE spełnienie wszystkich tych trzech czynników JEDNOCZEŚNIE. Jeśli ma być szybko, to albo nie będzie tanio, albo nie będzie dobrze. Jeśli ma być tanio, to albo nie będzie szybko, albo nie będzie dobrze, itd.  Po prostu.

Demon ze złą gramatyką, czyli niezamierzony efekt komiczny w horrorze

Tłumacze często powtarzają między sobą niektóre  „wiekopomne przykłady tłumaczeń” list dialogowych  filmów fabularnych (nadawanych głównie w TV).  Przykłady? Proszę bardzo. Scena intymna, w której zakochany młodzieniec mówi do swojej wybranki: „You have great eyes and great knees”. Tłumaczenie odczytane przez lektora: „Masz wielkie oczy i wielkie kolana”. Wow… Inny film: grupa nastolatków znajduje tajemniczą skrzynię pokrytą niezrozumiałymi symbolami. Chcą ją otworzyć, ale jeden z nich nagle uświadomił  sobie, czym zakończyła się nadmierna ciekawość badacza z filmu Mumia ( „The Mummy”). Próbuje temu przeszkodzić krzycząc: „Don’t open it! Or else we’ll end up like in the Mummy”. Lektor polski czyta beznamiętnie (i bezmyślnie): „Nie otwieraj, bo skończymy jak w Mamuśce”. Takich przykładów jest wiele – wystarczy przysłuchać się wersji oryginalnej programu lub filmu w TV i porównać z tłumaczeniem na język polski. Można się nieźle ubawić. Smutne jest to, że z każdym rokiem jest coraz gorzej. Na początku lat 90-tych XX w., po tzw. odzyskaniu niepodległości, języki obce na odpowiednim poziomie znali właściwie tylko tłumacze. Po dwudziestu kilku latach teoretycznie powinno być lepiej. Nie jest. Zmienił się bowiem zakres znaczeniowy pojęcia „znajomość języka obcego”.

Okazuje się, że działa to w dwie strony. Jakiś czas temu na ekrany kin  wszedł kanadyjski/amerykański horror/thriller pod tytułem „Kronika opętania” („The Possession”). Jedną z głównych ról odgrywa drewniana skrzynka mówiąca – nomen omen – po polsku. W pierwszej części filmu skrzynka przemawia do staruszki  całkiem poprawnie (choć z lekkim akcentem – w końcu spędziła kilkadziesiąt lat w USA, więc ma prawo). Natomiast w połowie filmu, mniej więcej, jest scena, w której skrzynka postanawia porozmawiać z upatrzoną przez siebie małą dziewczynką. Dziewczynka, jak to w horrorach, obraziła się na kochającego ojca  i w lichej nocnej koszulinie wybiega z domu w środku nocy. Znajduje skrzynię, która  – otworzywszy się z wolna – zwraca się – PO POLSKU – do dziewczynki: „Dlaczego odchodzisz od ojca?”. Dziewczynka tłumaczy, że tato jej nie rozumie. Wtedy skrzynia zadaje dziwne pytanie: „Czy mogę cię wziąć?” Dziewczynka, wyraźnie skonsternowana (ja zresztą też), zdecydowanie protestuje. Na to skrzynia pyta się złowieszczo: „CZY MOGĘ MIESZKAĆ W CIEBIE?” Dziewczynka krzyczy „No! No! No!” Skrzynia nie daje za wygraną i szepcze: „JA DBAM O CIEBIE!”. Dziewczynka krzyczy i ucieka, a ja śmieję się – z niedouczonej skrzyni, oczywiście.

Mam wrażenie, że ten dialog został przetłumaczony na polski przez jakiś automatyczny program tłumaczący, bądź kogoś po bardzo wstępnym kursie języka polskiego, lub też kogoś, kto ma babcię -Polkę, ale języka właściwie nie zna, bo nie używa od lat (jako że babcia już od dawna też w skrzyni /innej oczywiście/).  Szkoda, że autorom filmu nie przyszło do głowy skonsultować się z kimś „od języków”. Zaoszczędzili, co prawda, kilkadziesiąt dolarów, ale za to w sposób niezamierzony rozładowali budujące się napięcie wypowiedziami niegramatycznie mówiącego demona (zamkniętego w skrzyni). Wspomniane niuanse językowe będą czytelne jedynie w Polsce, lecz właśnie w Polsce ten mimo wszystko poprawny aktorsko i reżysersko film  nabrał tandetnej nuty.

Jaki z tego morał? Czasami tak mały, zdawać by się mogło, element, jak konsultacja językowa, może uchronić autora utworu zawierającego treści w języku obcym od nieprzyjemnej wpadki, nieosiągnięcia zamierzonego efektu lub też osiągnięcia nieoczekiwanego efektu, ośmieszenia a nawet wymiernej  straty.  Rzeczona skrzynia – gdyby  wziąć ją na spytki – mogłaby to tak skomentować: „ALE JA TO CIEBIE MÓWIĆ NIE ZAMIERZAM”.