Idąc do szkoły, padał deszcz, czyli o trudnych imiesłowach (także u Szekspira)

Imiesłowy łatwe nie są. Rozróżnienie pomiędzy imiesłowami przymiotnikowymi a przysłówkowymi, czynnymi a biernymi, współczesnymi a uprzednimi, to  niełatwe zadanie nawet  dla lingwisty-hobbisty. Reguły dotyczące pisowni imiesłowów z „nie” w zasadzie nie sprawiają szczególnie dużych kłopotów ; cała trudność tkwi w umiejętności określenia typu danego imiesłowu, a następnie zastosowania odpowiedniej dla niego reguły.

*Idąc do szkoły, padał deszcz – to ulubione zdanie polonistów, które przywoływane jest często jako przykład  niepoprawnej  konstrukcji imiesłowowej. Podobne zdanie w języku angielskim : *Walking by the river, the weather was nice and warm –  wywołuje u anglistów uśmiech lub furię (w zależności od temperamentu danego anglisty).

Pokolenie w średnim wieku doskonale pamięta cykl genialnych audycji radiowych pt.:  Z pamiętnika młodej lekarki. Każdy odcinek zaczynał się tak samo – celowo niepoprawną konstrukcją imiesłowową: *Będąc młodą lekarką, wszedł raz do mojej przychodni mężczyzna o wyglądzie człowieka chorego.

Dalsze przykłady: *Reading in bed, my hands often get very cold [a co w przypadku osób czytających teksty pisane alfabetem Braille’a?],  czy  też  *Pinned to the door by a knife, the man saw a notice [sytuacja potencjalnie możliwa  w krwawym horrorze].

Na pierwszy rzut oka zdanie *Getting out of bed, a bee stung him to przykład zdania zawierające niepoprawne użycie imiesłowu.  Bezczelny , a jednocześnie  inteligentny uczeń, mógłby się jednakże wybronić, twierdząc, że zdanie to ma głęboki (i tragiczny) sens, oraz że stanowi część fabuły  znanej  kreskówki o pszczółce Mai [kontekst: pszczółka Maja leży w łóżku, on leży cicho na podłodze obok łóżka, Maja wstaje z łóżka, widzi jakieś nieznane ciało i przestraszona odruchowo go żądli.]  W omawianej sytuacji zdanie:  „Wstając z łóżka, pszczoła go użądliła” byłoby jak najbardziej na miejscu.  Ale jak często piszemy /mówimy o wstających z łóżka pszczołach?  Nieważne. Nasz bezczelny uczeń wmawiałby zdumionej nauczycielce, że tak właśnie było w filmie oraz  że wina jest (oczywiście) po  stronie nauczycielki, bo nie obejrzała właśnie tego odcinka.

Zdarza się, że podobne konstrukcje, w zupełnie niezamierzony sposób, pojawiają się w bardziej oficjalnych komunikatach, np.: *Szybując nad skocznią, złoty medal Małysza z każdą sekundą był coraz bliżej.

Nie są od nich wolne nawet poważne opinie prawne:  *If found guilty, the lawsuit could cost the defendant several million euros…

                New York Times, w 2008 r. opublikował, między innymi, takie oto zdanie: *If elected, Obama’s main opposition will not come from Republicans.

Na zakończenie coś ekstra. Okazuje się, że nawet William Szekspir popełnił podobny błąd logiczny. Co więcej, Szekspir  „potknął się o imiesłów” w swoim sztandarowym dramacie  (Hamlet, 1603 r.). W akcie I, scena V, mamy takie oto zdanie:

‘Tis given out that, sleeping in my orchard,

a serpent stung me.

 

(Hamlet; akt I, scena V)

 

Tłumaczenie nieliterackie, dosłowne: [Mówi się, że śpiąc w ogrodzie, wąż mnie ukąsił.]

 

Tłumacz Józef Paszkowski (1818-1861) już prawie dwa wieki temu poradził sobie doskonale z tą niezręcznością i tak oto przetłumaczył niefortunne zdanie wieszcza ze Stratfordu:

 

Puszczono rozgłos, że podczas snu mego,

                W ogrodzie wąż mnie ukąsił.

 

Również mistrz Barańczak (u. 1946 ) przetłumaczył  ten fragment doskonale, poprawiając przy tym dyskretnie potknięcie Szekspira:

Mówi się publicznie,

                Że mnie w ogrodzie ukąsiła żmija,

                Gdy spałem.

 

Jarosław Iwaszkiewicz (1984-1980) w swoim tłumaczeniu Hamleta,  tak oto oddał omawiane zdanie:

                Głoszono o mnie,

                że mnie wąż w ogrodzie ugryzł.

 

Podejrzewam, że w tym przypadku Iwaszkiewicz do końca nie był pewny, kto spał w przedmiotowym ogrodzie.  Co zrobił? Wybrał najmniej pochwalaną strategię: po prostu ominął tę część zdania. Hamlet  to nie umowa zabezpieczająca wierzytelności, więc nic wielkiego się nie stało (i na pewno nie stanie). Zresztą nie sądzę, że ktoś to nawet zauważył… Choć, jak mawiali starożytni Rosjanie –  „you never know”…

 

Gdyby Szekspir był bezczelny i pyskaty (i miał bogatą wiedzę z zakresu psychopatologii), mógłby wyjaśnić, że wąż cierpi na pewien rodzaj parasomni [parasomnia = zaburzenie snu, charakteryzujące się  występowaniem nieprawidłowych lub niepożądanych zachowań w czasie snu], polegającej na kąsaniu osób znajdujących się w jego najbliższym otoczeniu. Oczywiście, jak to bywa w parasomniach, w opisywanych  sytuacjach wąż głęboko śpi, a samo kąsanie odbywa się bezwiednie. Parasomnia węża byłaby swoistym odpowiednikiem występującego u ludzi bruksizmu (tj. zgrzytania zębami). Ergo,  przedmiotowe zdanie z aktu I, scena V, teoretycznie jest poprawne i ma pewien  sens.

Świat snów i duchów to częsty motyw w twórczości Szekspira. Napisał on nawet sztukę  pod pięknym tytułem Sen nocy letniej, która (podobno) jest w całości… właśnie letnim snem.

Możemy jednak założyć, ze sporą dozą pewności, że na psychopatologii snu raczej się nie znał (badania nad parasomniami to XX i XXI wiek).  Zatem omawiane zdanie to nie żaden opis  wyszukanej parasomni, tylko źle użyty imiesłów. I tyle.

Wniosek: dobry tłumacz  (dyskretnie) poprawi nawet (największe) błędy (samego) Szekspira[i].  Twoje również.


[i]  Podobne błędne konstrukcje imiesłowowe znaleźć można w dziełach wielu znanych pisarzy angielskich i amerykańskich (np. Jane Austen, Alexander Pope, Arthur Miller).

Paremiologia na niby, czyli „fake Chinese proverbs”

Szanghaj

Szanghaj

Jak już kiedyś wspomniano, często używane zwroty LONG TIME, NO SEE [„Kopę lat!], czy NO CAN DO [„Wykluczone!”/ „Tego się nie da zrobić!”] to kalki chińskich wyrażeń, odzwierciedlające składnię i morfologię języka chińskiego (brak przedimków, brak jakichkolwiek końcówek deklinacyjnych/koniugacyjnych, składnia typowo pozycyjna). Warto podkreślić, że szyk  prostego, oznajmującego zdania w języku angielskim i chińskim jest w zasadzie taki sam. Język angielski, jednakże, zachował niektóre cechy języków fleksyjnych (np. końcówka 3 os. l. poj. czasu teraźniejszego, końcówka czasu przeszłego, końcówka liczby mnogiej rzeczowników) oraz cały system określników (takich jak, między innymi znienawidzone przez uczących się przedimki „a/an” i „the”).  Oprócz wielu funkcji, pozwalają one na rozróżnienie pomiędzy częściami mowy (np.  „patient” (cierpliwy – przymiotnik) i „a patient” (pacjent – rzeczownik).

W języku chińskim przedimków nie ma, więc fakt ten, między innymi, wykorzystują użytkownicy języka angielskiego tworząc setki „chińskich przysłów”, których rudymentarna składnia odzwierciedlać ma (często w bardzo stereotypowym zakresie) składnię języka chińskiego.

Podstawowe zasady to: brak wyznaczników czasu (czasownik w zasadzie występuje w formie podstawowej), brak wyznaczników liczby (rzeczowniki w liczbie pojedynczej), brak przedimków (co często skutkuje wieloznacznością użytych słów i co jest  najczęściej podstawowym elementem odpowiedzialnym za humorystyczny efekt). Oto kilka przykładów:

Man who want pretty nurse must be patient.

Man who run in front of car get tired.

Man who run behind car get exhausted.

Man with one chopstick go hungry.

Tak się jakoś składa, że zdecydowana większość „chińskich” przysłów to takie, które mogą być uznane za balansujące na granicy dobrego smaku, a nawet obraźliwe, dlatego też (z tzw. oczywistych  względów) zostaną tutaj  pominięte.

Odmianą wyżej opisanych przysłów są te, które zaczynają się od słów „Confucius say…”.  Chiński filozof ma za zadanie uwiarygodnić to, co chcemy przekazać (choć w zasadzie wszyscy wiedzą, że Konfucjusz nic takiego nigdy nie powiedział). Przykłady:

„Confucius say: when lady say maybe, she mean yes. When lady say no, she mean maybe. When lady say yes, she no lady.”

„Confucius say: man who eat photo of father, soon spitting-image of father.”

Cechą większości „chińskich przysłów”  jest ich nieprzetłumaczalność (w większości przypadków). Jest to szczególnie widoczne w drugim przysłowiu „Konfucjusza”. Oczywiście, można je przetłumaczyć w warstwie powierzchniowej, ale wtedy będzie to tak samo zabawne, jak opis działki budowlanej z przeznaczeniem na drewutnię. Dlatego też, pomimo pozornej prostoty, wychwycenie niuansów językowych większości takich  przysłów wymaga naprawdę  dobrej znajomości języka.

Żeby lepiej  zrozumieć tę nieprzetłumaczalność, posłużmy się pewnym polskim dowcipem: Czy Tusk ma winnicę? Bo ostatnio stale ktoś poleca „Wina Tuska”.

Spróbujmy to przetłumaczyć na angielski,  ale  bez dodatkowych omówień i wyjaśnień  na pół strony. Nie da się.

PS. Prawdziwa kultura chińska to tysiące wspaniałych (i prawdziwych) przysłów. Ciekawym przysłowiem (a równocześnie przestrogą) dla każdego tłumacza (ale nie tylko),  może być poniższe przysłowie:

Dú shū xū yòng yì, yī zì zhí qiān jīn, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: Kiedy czytasz, nie pozwól, by umknęło ci nawet jedno słowo, bo może ono być warte 1.000 sztabek złota.

PS  2. Wg MS Word,  powyższy tekst składa się z 485 słów.  To w kontekście powyższego akapitu :-). 

Skąd się ONA wzięła, czyli tajemnica zaimka SHE…

Skąd się  ONA wzięła? Oczywiście, że z żebra Adama.  Niektórzy tak twierdzą do dziś.

Znacznie trudniej jest wyjaśnić pochodzenie angielskiego zaimka osobowego SHE [ona].

W okresie rozwoju języka zwanym Old English (mniej więcej jakieś tysiąc lat temu, plus minus kilkaset lat), zaimki osobowe całkowicie różniły się od tych używanych współcześnie . Odmieniały się przez przypadki, występowały w liczbie pojedynczej, mnogiej i… podwójnej, ale przede wszystkim wyglądały inaczej.

Przyjrzyjmy się trzeciej osobie.  Fascynujące zaimki WIT [nas dwoje], oraz GIT
[was dwoje], które „wzięły i wymarły”,  pozostawmy na inną okazję.

Kiedyś

Teraz

he         [on]
hēo she       [ona]
hit it           [ono]
they      [oni]

Na pierwszy rzut oka widać, że z wyjątkiem zaimka HIT (który w prosty sposób przekształcił się we współczesny zaimek IT), wszystkie pozostałe zaimki osobowe
w trzeciej osobie liczby pojedynczej i mnogiej wyglądały bardzo podobnie,
a wymawiane były prawie identycznie
(najprawdopodobniej – bo, jak wiemy,
nie zachowały się żadne nagrania sprzed tysiąca lat).

Skutek: w języku angielskim istniał (przynajmniej w wariancie mówionym) uniwersalny (bądź nienacechowany płciowo) zaimek. Właściwie nie wiadomo było, czy mówi się
o nim, o niej, czy też o nich. Taka sytuacja znacznie komplikowała proces plotkowania. Trzeba było jakoś to wszystko odróżnić. W północnej części Wielkiej Brytanii przebywały wówczas (na pobycie stałym), plemiona  z sąsiedniej Skandynawii, których języki/dialekty były bardzo podobne do staroangielskiego. Jednakże używany przez nich zaimek osobowy w 3 os. l mn. (oni/one) był zupełnie inny (þai – oraz þeim
þeir(e) [w przypadkach zależnych]. Widzimy zatem podobieństwa do współczesnych zaimków THEY/THEM/THEIR.  Ponieważ populacja na tamtych terenach była dwujęzyczna (w różnym stopniu), normalne w takich okolicznościach jest przenikanie elementów jednego języka do drugiego. Innymi słowy, zaimek „they” przyjął się bardzo szybko, ponieważ było odpowiednie zapotrzebowanie. W przypadku zaimków w liczbie pojedynczej Skandynawowie mieli podobną sytuację, jak ówcześni Anglicy (do dziś różnica między zaimkami 3 os. l. poj. jest minimalna w większości języków skandynawskich (HAN  [on], HON / HUN [ona] – w j. szwedzkim / norweskim i duńskim). Co więcej, współcześnie języki te rozróżniają 2 rodzaje gramatyczne:  rodzaj wspólny (bądź męsko-żeński) oraz rodzaj nijaki. Czyżby Wikingowie (ówcześni i współcześni Skandynawowie) byli zupełnie pozbawieni szowinizmu (językowego)?

Warto zauważyć, że do dziś, w niektórych konserwatywnych dialektach brytyjskich  (przynajmniej w postaci mówionej), używany jest jeden zaimek, wymawiany mniej więcej jak „zredukowane /e/” (fachowo nazywa to się SCHWA), który znaczy zarówno ONA jak i ON, szczególnie w kontekstach, gdy rodzaj nie jest znany, lub nie jest istotny.

Jak widać, skandynawscy najeźdźcy nie bardzo mogli pomóc sfrustrowanym Anglikom w dokonaniu rozróżnienia pomiędzy NIM i NIĄ. Skoro nie dało się  pożyczyć niczego odpowiedniego od plemion ościennych, trzeba było coś wymyślić. I wymyślono SHE.  Około połowy XII wieku. Pewne jest to, że zaimek SHE pojawił się nagle, jako odpowiedź na potrzebę językową.

Choć nie wiadomo skąd pojawiło się magiczne słowo  SHE [być może zaadoptowano stary zaimek wskazujący rodzaju żeńskiego SEO „tamta”], wiemy natomiast, że jest to twór sztuczny, wymyślony „na potrzeby sytuacji”.  UWAGA: wszystkim tym, którzy twierdzą, że SHE pochodzi z kosmosu, mówimy stanowcze NIE:-)

PS nr 1.

Historia powoli zatacza koło. Stosowanie form „he/she”,  „s/he”, „his/her”, „him/her” jest coraz częściej postrzegane jako niezręczność językowa. Stosowanie zaimka HE (mówiąc również o kobietach) to przejaw szowinizmu… Bo przecież Kopernik była kobietą (cytując klasyka)!

W sukurs przyszła nienacechowana rodzajowo skandynawska pożyczka, czyli … zaimek THEY i jego warianty (fachowo określane jako „singular they”). Przykłady:
A good student must always do their homework” lub „Someone called but they didn’t leave any message”.

PS nr 2.

American Dialect Society ogłasza co roku „Word of the Year” (słowo roku). W roku 1994 było to słowo „cyber”, w 2003 – „metrosexual”, itd. Ogłasza też słowa dekady
(np. czasownik „to google” to słowo lat 2000-2009), słowo stulecia („jazz” – słowo XX wieku). Teraz rzecz najważniejsza: słowem drugiego tysiąclecia (1000-1999) został uznany… zaimek SHE.

O imionach i rodzajach gramatycznych

Każdy tłumacz niejednokrotnie stawał przed dylematem, kiedy niejednoznaczne, pod względem gramatycznym, imię znacznie zwalniało tempo tłumaczenia tekstu. Pisanie „on/ona”, oraz form czasownikowych w rodzaju męskim i żeńskim, nie jest ani ładne, ani też nie ułatwia pracy.

Bywają  imiona uniwersalne – używane przez kobiety i mężczyzn. W języku polskim takim imieniem jest MARIA. Wszyscy pamiętamy znakomitego polityka z Krakowa noszącego to imię (jako drugie).

Angielskie imię HILARY /HILLARY może być imieniem mężczyzny, jak i kobiety. Większość kobiet noszących to imię pisze je zazwyczaj przez dwa L (np. Hillary Clinton), choć są wyjątki (np. Hilary Swank, amerykańska aktorka). Mężczyźni zazwyczaj piszą to imię z jednym L (np. Hilary Minster, angielski aktor). Są i tutaj wyjątki, np. Hillary Makasa (zambijski piłkarz). Podobnie jest w przypadku imienia LESLIE, które może być używane zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn.

W języku polskim zazwyczaj potrafimy podać regułę, że imiona kończące się na „A”, to imiona żeńskie. Nieliczne wyjątki, takie jak KUBA czy BARNABA, niewiele zmieniają. Analogicznie jest z imionami kończącymi się na spółgłoskę.  Są one zazwyczaj męskie, choć Jaguś, znana z reymontowskich Chłopów, była niezaprzeczalnie kobietą.

W języku angielskim takich reguł nie ma. Są jedynie „pewne tendencje”.

  • Imiona męskie mają mniej sylab, niż imiona żeńskie.
  • Imiona męskie są akcentowane na pierwszej sylabie, żeńskie na drugiej.
  • Imiona kobiet kończą się samogłoską, mężczyzn –  spółgłoską.

Anita i Melissa zatem, to typowe imiona kobiet (więcej niż 1 sylaba, kończą się samogłoską).

Len i Tom to typowe imiona męskie (1 sylaba i kończą się spółgłoską).

Tony i Ringo to nietypowe imiona męskie (więcej niż 1 sylaba i końcowa samogłoska).

June i Pam to nietypowe imiona żeńskie (jedna sylaba i końcowa spółgłoska). (Oczywiście mamy na myśli wymowę danego imienia, dlatego JUNE kończy się spółgłoską, gdyż E jest nieme).

Sprawa nie zawsze jest tak oczywista. W znanej na całym świecie serii książek fantasy  – Pieśń Lodu i Ognia – autor (George Martin) stworzył szereg niezwykłych imion dla swoich bohaterów. Devan, Mance, Cotter, Loras, Tarle, Clegane to imiona męskie. Brienne, Rylene, Daenerys, Alayaya to imiona żeńskie. Oczywiście! Okazuje się, że autorzy fantasy, wymyślając niezwykłe imiona dla swoich bohaterów, stosują (prawdopodobnie zupełnie nieświadomie) wyżej podane zasady. Dlatego też wspomniane imiona są niezwykłe jedynie dlatego, że są nieznane, jednakże tworzone według spójnych zasad.

Słyszałem, że obecnie również i w Polsce jest już (bądź ma być)  całkowita dowolność, jeśli chodzi o nadawanie imion. Może być ciekawie. Czyż NICOLE WĄTROBA, czy ANTOINETTE BZDURA-BĄK nie brzmi elegancko i wytwornie?

W czasach „odległej komuny” zdarzały się ciekawe historie związane z imionami. Miriam Aleksandrowicz, aktorka i reżyser dubbingu wspominała kiedyś, że otrzymywała regularnie karty powołania do wojska… Podejrzewam, że „niegramotny” urzędnik pomyli światowe imię NICOLE i wyśle wezwanie do odbycia ćwiczeń wojskowych do… MIKOŁAJA WĄTROBY. Ale to już zupełnie inna historia.

PS. Zbieżność imion i nazwisk jest przypadkowa.

Palindromy, mordnilapy i (podobno) tajemne przekazy

Są osoby, które twierdzą, że w wymiarach Piramidy Cheopsa zapisana jest cała wiedza matematyczna świata. Na potwierdzenie tej tezy, przestawiają serię wymiarów budowli, dzielonych lub mnożonych przez szereg cyfr i liczb, co daje na przykład odległość od Ziemi do Księżyca wyrażoną w kilometrach lub długość roku w godzinach. W takiej sytuacji nasuwa się pytanie, czy starożytni Egipcjanie znali kilometry i godziny?  Prawda jest taka, że jeśli podzielimy jakąkolwiek liczbę przez inną, wcześniej wyliczoną wartość, otrzymać możemy każdą interesującą nas liczbę. Dlatego też, co pewien czas obiega świat (czytaj: Internet) mem, który „widzi” w przypadkowym ciągu liczb (dodanych do siebie, podzielonych lub poddanych innym działaniom matematycznym), datę urodzin, na przykład,  Elvisa Presleya, bądź datę (kolejnego) końca świata.

Podobne sytuacje występują w przypadku analiz niektórych zjawisk językowych. Zapewne większość z nas słyszała o palindromach, czyli wyrazach, bądź zdaniach, które czytane w obu kierunkach mają dokładnie to samo znaczenie. Przykłady: radar;  żartem w metraż; kobyła ma mały bok –  i inne. Palindromy, oczywiście,  obecne są również w innych językach.  Na przykład angielskie devil lived, czy hiszpańskie o rey, o joyero (znaczenie: albo król, albo jubiler). Prawdopodobnie w przeszłości miały one znaczenie magiczne.

Ciekawym zjawiskiem językowym jest mordnilap. Jest to słowo (bądź fraza), które czytane od końca daje wyraz (lub frazę), ale o innym znaczeniu (nazwa zjawiska to po prostu słowo palindrom czytane od końca; każdy z czytających zapewne już to zauważył bez mojej pomocy). Prosty przykład z języka polskiego to słowo kara – które czytane na wspak daje słowo arak.

Entuzjaści językowi idą oczywiście dalej: słowo w jednym języku czytane od końca może dać zupełnie inne słowo w innym. Przykładem może być nazwisko obecnego prezydenta USA, Obama, które czytane od końca tworzy łaciński wyraz amabo (znaczenie: będę kochał). Z pewnością jest spora grupa zwolenników obecnego prezydenta, którzy widzą ewidentny związek pomiędzy nazwiskiem prezydenta i jego mordnilapem. Miejmy nadzieję.

Choć dla większości z nas tego rodzaju zwierciadlane pary słów to niewiele więcej niż ciekawostki językowe, niektórzy doszukują się szczególnych przekazów w tego typu zależnościach.  Są osoby, które widzą ewidentny związek pomiędzy wyrazem dog (pies), oraz jego odwrotnością – słowem God (Bóg). Fakt sam w sobie ciekawy, choć zauważyć należy, że omawiany związek ograniczony jest do języka angielskiego, i to tylko do jego współczesnej odmiany. W Średniowieczu słowo określające Boga pisane było, co prawda, tak samo (God), jednakże pies pisany był inaczej (dogge). Jeszcze wcześniej, w okresie rozwoju języka angielskiego zwanym Old English, wyraz ten miał jeszcze inną pisownię (docga).

W siedemnastym wieku „pies” pisany był już tak, jak współcześnie (dog). Wtedy właśnie, podczas powszechnych procesów czarownic, nierzadkie były oskarżenia, że diabeł ukazywał się pod postacią psa. Obecnie uznaje się, że tego rodzaju przekonania spowodowane były przez wyżej opisane przypadkowe zjawisko językowe. Po prostu.

Morał: nieświadomość językowa może skutkować spaleniem na stosie.

Słownik przymiotników (złotych), czyli coś dla prawdziwych language aficionados

Dziś ciekawostka leksykalna – ciekawy słownik przymiotników, tych naprawdę „wypasionych”, dla prawdziwych koneserów językowych.

Słownik nie tylko omawia znaczenia każdego z przymiotników, ale również  podaje wymowę omawianego wyrazu (z wykorzystaniem, co prawda,  dość specyficznego systemu zapisu wymowy). Równie ważną cechą słownika jest to, że podane,  autentyczne (podobno) zdania, ilustrujące zastosowanie danego przymiotnika.

Lektura tego słownika sprawia, że czytelnik nabiera swego rodzaju pokory, jeśli chodzi o postrzeganie własnego zasobu słownictwa. Zaznaczam, że po nawet pobieżnym zapoznaniu się z książką, nikt więcej nie powie, że  „ma bardzo bogate słownictwo angielskie (i w ogóle wie wszystko)”.

Już w pierwszym rozdziale napotykamy takie ciekawe wyrazy jak, na przykład:

abortifacient, abstergent, adamanteen, addlepated, adscititious, agminate, agrestic, alopecic, altricial, ambagious (tak, to coś innego niż ‘ambiguous), amygdaline, anaphrodisiac, anguilliform, anserine, antepenultimate, antreprandial, arenicolous, arsy-varsy, atrabilious, avunculat…

Ciekawe, że wielu z nich nie można znaleźć w żadnym dostępnym słowniku angielsko-polskim. Często jedynym pewnym źródłem, w którym znajdziemy znacznie danego słowa (oprócz omawianego słownika, oczywiście), jest 13-tomowy The Oxford English Dictionary. Każdy anglista wie, co to jest, choć nie każdy, niestety, widział i korzystał.

Teraz rzecz najważniejsza – czyli tytuł. Opisywane dziś dzieło to: The Highly Selective Dictionary of Golden Adjectives for the Extraordinarily Literate, autorstwa Eugene’a Ehrlicha (wyd. Harper, 2002 r.).

Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że nawet najbardziej oczytana osoba nigdy nie napotka wielu z wymienionych w książce przymiotników w czytanych przez siebie tekstach. W przypadku tekstów mówionych, prawdopodobieństwo jest jeszcze bardziej znikome.

Badania językoznawców dowodzą, że znajomość ok. 3.000 słów pozwala nam na zrozumienie właściwie każdego przekazu (oczywiście w ograniczonym zakresie, przy czym zakres ten maleje wraz ze wzrostem specjalistycznego charakteru wypowiedzi).

No i co z tego? Są języki które mają bardzo ograniczony zakres słownictwa. Na przykład w języku piraha jest tylko jedno słowo określające zarówno ojca, jak i matkę. Są języki, które opisują kolory dwubiegunowo, używając w zasadzie dwóch  podstawowych określeń (kolor suchy  i kolor mokry). [W tym miejscy warto przywołać naturalną umiejętność rozróżnienia przez większość kobiet  pomiędzy kolorem łososiowym, a brzoskwiniowym; dla większości mężczyzn jest to tak samo nierealne, jak rozróżnienie pomiędzy „m” a „m”].

W słowniku ortograficznym języka polskiego jest ok. 150.000 haseł. Słów w języku angielskim jest prawie 10 razy więcej (warto poczytać sobie jedną w wielu historii języka angielskiego /jeden z najbardziej znienawidzonych przedmiotów na anglistyce/, żeby dowiedzieć się, dlaczego angielszczyzna jest tak bogata w wymiarze  leksykalnym).

W tym miejscu aż ciśnie się na usta cytat z klasyka: „chodzi mi o to, aby język giętki…”. Nikt nie oczekuje, że będziemy przy śniadaniu rozmawiać na temat „alopecic conditions” czy „antepenultimate syllables” (w tym przypadku akurat znam osoby rozmawiające przy porannej kawie o … sylabie).  Chodzi  po prostu o większą świadomość językową.

Dla entuzjastów (i nie tylko) proponuję krótki „autotest”. Spójrz raz jeszcze na  21 przymiotników z tabelki. Ile z nich rozumiesz, a ilu znaczeń się domyślasz? Osoby znające języki romańskie mają znacznie ułatwione zdanie (ze względów historycznych). Natomiast dla tych, którzy oprócz angielskiego znają jeszcze niemiecki (lub inny język germański), bądź języki słowiańskie, dobrym wynikiem będzie znajomość znaczeń… dwóch przymiotników z listy. Naprawdę.

Błąd gramatyczny w światowym przeboju, czyli co wolno wojewodzie (czytaj ABBIE)

Któż nie zna legendarnego już przeboju „Fernando”, równie legendarnej szwedzkiej grupy ABBA?

Okazuje się, że nawet takim gigantom też może się przydarzyć wpadka językowa. W drugiej zwrotce ballady słyszymy:

„Now we’re old and grey Fernando,

And since many years I haven’t seen a rifle in your hands….”

No cóż, czas Present Perfect z since i for to temat przerabiany już w drugim semestrze każdego kursu językowego. Dlatego każdy wie, że powinno być:

And for many years I haven’t seen …..

Błąd poważny? Owszem. Nawet bardzo.

ABBIE dość wcześnie uświadomiono to potknięcie – bo już w marcu 1976 r., gdy wydano płytę. Było już za późno, żeby coś zrobić – stąd piosenka „chodzi” od prawie 40 lat z błędem.

Nie przeszkodziło to jednak temu, że singiel Fernando ABBA sprzedała w największej liczbie egzemplarzy (ponad 10 milionów) –  wyprzedzając nawet taki hit jak „Dancing Queen”.

Mówiąc o „Dancing Queen” warto wspomnieć, że przez kilkadziesiąt lat (tj. od 1976 r., gdy wydano singla i album zawierający ten sztandarowy już przebój – tj. album Arrival), drukowana wersja tekstu piosenki zawierała nie tyle błąd, co dość bezsensowne wyrażenie:

W refrenie  mamy taki oto tekst (pisownia oryginalna):

„You can dance, you can jive, having the time of your life, oo-woo

See that girl, watch that scene, dig in the Dancing Queen”

Próbowano doszukać się w tym wyrażeniu „drugiego dna”, sugerując, że jest to dosłowne tłumaczenie jakiegoś szwedzkiego idiomu. Po dziś dzień istnieją fora internetowe, na których fani przeprowadzają analizy lingwistyczne tych dwóch słów…  No cóż, dig in absolutnie nie pasuje do kontekstu (najczęstsze znaczenie to ‘zabrać się do jedzenia’ oraz ‘zakopać coś’). Kontekst tańczącej dziewczyny w dyskotece zupełnie tutaj nie przystaje. Miałoby to może sens, gdyby piosenka była adresowana do pewnych  „tradycyjnie odżywiających się” populacji zamieszkujących odległe zakątki Papui Nowej Gwinei.  Cóż więc zrobiono? Mały zabieg „wyprostował” sprawę. Od kilku lat wydaje się tekst piosenki w wersji „poprawionej”, gdzie „dig in” zmieniono na „diggin’”, co w potocznej angielszczyźnie znaczy „patrzeć na coś/kogoś” oraz „lubić coś/kogoś”. Wyrażenie ma jeszcze kilka innych znaczeń, ale te dwa najbardziej pasują do kontekstu. Sprytnie, bo nie trzeba było nagrywać piosenki od nowa, gdyż obydwa wyrażenia wymawiane są identycznie.

W przypadku piosenek błędy, takie jak te omówione powyżej,  żadnej wymiernej szkody nikomu raczej nie wyrządziły. Najwyżej sprowokowały bardziej uważnych słuchaczy do wsłuchania się w tekst.

Zmieńmy kontekst na nieco bardziej żartobliwy. Wyobraźmy sobie jedno z tych legendarnych plemion żyjących w niedostępnych zakątkach Papui Nowej Gwinei, w których kanibalizm został właściwie wytępiony, z tym że „nie do końca”. Schwytano tańczącą dziewczynę o imieniu Queen (imię stosowane w USA). Pada pytanie: – Co z nią zrobić? Wtedy wódz wioski (który nie lubi mówić) pisze coś na kartce. Miejmy nadzieję, że nie napisał „dig in the dancing queen”…

PS. Szczęśliwego Nowego Roku.

Zbezczeszczony klasyk, czyli kiedy należałoby postawić tłumaczkę pod pręgierzem (na dwa tygodnie przynajmniej)

My tailor is rich” – to  pierwsze zdanie w legendarnym już podręczniku do nauki języka angielskiego dla Francuzów – „Anglais sans paine” autorstwa Alphonse’a Chérela, wydanym przez wydawnictwo Assimile w roku 1929.  Od tego czasu wydawnictwo wydało podręczniki do nauki prawie 80 różnych języków i dialektów (dla osób mówiących po francusku). Pojawiły się również podręczniki dla osób mówiących innymi językami (w ograniczonym asortymencie – np. wydano  podręczniki do nauki angielskiego i francuskiego dla osób mówiących po arabsku).

Metoda Assimil może być bardzo skuteczna, szczególnie dla osób nielubiących gramatyki, dla których rozróżnienie między dopełnieniem bliższym i dalszym jest tak samo realne, jak rozróżnienie między izotopami węgla.

Assimil to często jedyny dostępny podręcznik dla samouków w przypadku niektórych języków (np. pismo hieroglificzne języka średnioegipskiego, bądź język luksemburski).

Podręczniki Assimil, wydawane od 80 lat i stale unowocześniane i udoskonalane, umożliwiły milionom entuzjastów językowych na całym świecie poznanie jednego lub większej liczby języków obcych. Assimil to klasyk par excellence.

Kiedyś poproszono mnie o polecenie kursu, którego opanowanie pozwoliłoby na swobodną komunikację właściwie w każdym zakresie i na każdy temat, z minimalną dawką objaśnień gramatycznych. Pomyślałem natychmiast o kursie Assimil, którego opanowanie przekłada się na czynną znajomość ponad 2.000 słów i wielu wyrażeń idiomatycznych.

Okazało się, że jedno z wydawnictw polskich postanowiło wydawać Assimile dla Polaków. Zakupiłem więc egzemplarz (z płytami CD) i wręczyłem całość zainteresowanej osobie.

Kilka dni później, podczas rozmowy na temat postępów w nauce języka, okazało się, że podręcznik został … rzucony w kąt. Dlaczego?

Każde zdanie, oprócz podanej wymowy, tłumaczone jest na dwa sposoby: najpierw tłumaczenie dosłowne, wyraz po wyrazie, a następnie podawane jest tłumaczenie naturalne.  Przykład:

„Where  are     you going?”

= [Gdzie jesteś  ty    idący?]

= Dokąd idziesz?

Taki sposób prezentacji materiału ma swój sens i dla wielu osób jest to jedyny sposób na opanowanie zasad gramatyki. Ale nie o to tutaj chodzi.

W lekcji pierwszej pojawia się zdanie:

I am fine”, które zostało „dosłownie” przetłumaczone – uwaga! – jako „jestem cienki” (!!!), po czym następuje poprawne tłumaczenie „mam się dobrze/dobrze się czuję/w porządku” (nie pamiętam, który wariant wybrano – nie ma to tutaj znaczenia).

Wspomniany samouk nie był w stanie zrozumieć, jaka jest zależność pomiędzy „cienki”, a „czuję się dobrze” (zaznaczam, że samouk nie był dietetykiem). Odrzucił więc książkę, bo okazała się za trudna i najpewniej zakładająca posiadanie jakiejś tajemnej wiedzy językowej, którą przecież nie dysponował.

Wina leżała CAŁKOWICIE po stronie tłumaczki/redaktora wersji polskojęzycznej. Osoba ta, tłumacząc dosłownie słowo „fine”,  irracjonalnie postanowiła wybrać znaczenie „cienki” (piąte lub szóste znaczenie – w podstawowym słowniku).  Błąd jest nie tylko z tych mega-galaktycznych, ale również ma charakter złożony. Po pierwsze, fine, gdy ma znaczyć cieki, używa się w połączeniu z takimi wyrazami jak włosy, linia, nić, warstwa. Gdy słowo fine ma opisywać człowieka, wówczas znaczyć może wytworny, wspaniały. Natomiast podstawowe znaczenie przymiotnika to świetny, dobry, w porządku, piękny (o pogodzie) itd., czyli przymiotniki zawierające się w polu znaczeniowym pojęcia dobry.  Co więcej, jestem cienki (w znaczeniu szczupły), to po angielsku „I am slim/thin”, natomiast cienki w znaczeniu słaby, marny, to poor.

Uczący się zauważy bez problemu związek znaczeniowy pomiędzy  jestem dobry/w porządku a formą czuję się dobrze/w porządku.

Znalezienie takiego związku pomiędzy jestem cienki, a mam się dobrze, nie jest możliwe.

Jakie są wnioski?

1. Wielka szkoda, że taki właśnie mega błąd pojawił się już w lekcji pierwszej, zniechęcając skutecznie do dalszej nauki (naturalne jest, że jeśli coś nie jest jasne od początku, możemy przyjąć, że będzie tak również na następnych etapach nauki; skutkuje to odrzuceniem danego podręcznika/metody).

2. Pojawienie się takiego błędu sugeruje, że polskie wydawnictwo nie dochowało nawet minimalnego poziomu staranności w procesie przygotowania polskiej edycji dzieła do druku.  Błąd w stylu „Szwajcario, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” nie ma prawa znaleźć się w lekcji pierwszej (ani żadnej innej) sztandarowej pozycji wydawnictwa publikującego podręczniki do nauki języków!

3. Dlaczego nikt na to nie zwraca uwagi? Osoby znające angielski nie czytają pierwszej lekcji z podręczników dla początkujących, a jeśli tak się zdarzy, to nie wczytują się w objaśnienia gramatyczne.

4. Osoby odpowiedzialne za ten bubel powinny stanąć pod pręgierzem, z napisem na piersi:  jestem cienki / cienka. A osoby, które zdążyły przerobić lekcję 2, mogłyby dopisać jeszcze nowopoznane słowo: VERY!

PS. Rzeczone „dzieło” to: „Język angielski – łatwo i przyjemnie”

27 określeń na wąsy w języku albańskim, pozwolenie na budowę i padający ciągle deszcz, czyli zawiłości semantyki

Każdy z nas widział zapewne pewną reklamę telewizyjną, w której aktorka odgrywająca tłumaczkę języka albańskiego twierdzi, że Albańczycy mają ponad 200 określeń na wąsy. Podobne historie powtarzane są o dziesiątkach, a nawet setkach określeń na śnieg w językach używanych przez Eskimosów.  W takich sytuacjach cytowana jest również hipoteza Sapira-Whorfa, o wpływie języka na sposób myślenia.

Prawda jest nieco inna. Okazuje się, że w języku albańskim, oprócz ogólnego określenia na wąsy – mustaqe – Albańczycy używają  jeszcze 26 innych określeń na włosy rosnące na górnej wardze mężczyzn. Dla przykładu – pierwsze dziesięć:

madh – gęste wąsy

holl – cienki wąsik

varur  – wąs sumiasty

big – wąsy podkręcone ku górze

kacadre – wąsy, których same końcówki są skierowane do góry, coś w stylu Salvadora Dali

glemb – wąsy ze zwężającymi się końcami

posht – wąsy zwisające na końcach

fshes  – długie, szczeciniaste wąsy

dirs ur – wąsy, które dopiero się „sypią” (u nastolatka)

rruar – ze zgolonym wąsem

Co ciekawe, Albańczycy mają również 27 określeń na opisanie różnych rodzajów brwi, np. vetullkalem – brwi cienkie, jak gdyby namalowane kredką; vetullhequr – brwi wyskubane; vetullperpjekur – brwi złączone, vetullhen – brwi w kształcie półksiężyca i… jeszcze 23 inne terminy. Jak widzimy są to zupełnie inne słowa opisujące całkowicie odrębną „rzeczywistość anatomiczną”.

W zdaniu „nie lubię wąsów u mężczyzny” użycie ogólnego terminu mustaqe będzie całkowicie uzasadnione, natomiast podczas przygotowywania portretu pamięciowego poszukiwanego przestępcy grafikowi ułatwiłaby pracę Albanka, która opisując złoczyńcę wspomniałaby o jego fshes oraz oczach ocienionych straszliwymi vetullperpjekur.

Odwrotnością tego jest sytuacja, gdy na siłę próbuje się dokonać rozróżnienia tam, gdzie różnicy żadnej nie ma. Można powiedzieć przecież i żółty, i kanarkowy – dla fizyka będzie to w zasadzie ten sam wycinek widma. Pamiętam przypadek, gdy przygotowując tłumaczenie tekstu o decyzjach administracyjnych dla małego, dwuosobowego zespołu specjalistów, użyto wyrażenia „building permit” do określenia pozwolenia na budowę. Osoba nr 1 zaakceptowała tłumaczenie bez zastrzeżeń. Po kilku miesiącach trzeba było wnieść dodatkowe treści do tekstu. Tym razem proces nadzorowała osoba nr 2. Wykreśliła wszystkie przypadki użycia „building permit” i zmieniła na „construction permit”, dodając przy tym adnotację: „W zasadzie OK. Ale nie buiding permit, tylko construction permit. Zawsze i wszędzie”. No cóż…

Prawda jest taka, że można użyć obu terminów, gdyż są to stuprocentowe synonimy. Ważne jest jedynie, by konsekwentnie stosować jednego lub drugiego terminu. Próba doszukania się tutaj różnicy znaczeniowej ma taki sam sens, jak próba znalezienia różnicy w składzie chemicznym wody, lodu i pary wodnej. Natomiast odrzucanie innego wariantu a priori, „bo tak lepiej brzmi”, albo „bo takie mam przeczucie” jest zupełnie nieuzasadnione. Przeczucia bywają czasami trafne, na przykład wtedy, gdy żona podejrzewa, że jej mąż ma kochankę.

Warto w tym miejscu wspomnieć o wyrazach, które choć wydają się identyczne znaczeniowo dla niespecjalisty, identycznymi faktycznie nie są. Dwa angielskie słowa „continually” i „continuously” tłumaczone są przez większość słowników angielsko-polskich właściwie za pomocą tych samych przysłówków: ciągle, nieustanie, nieprzerwanie. Zatem słowniki uznają te dwa słowa za synonimy. A nie są.

Continually, znaczy:  ciągle, ale z przerwami         [ ______  ______  ______  _____ ]

Continuously, znaczy: ciągle, bez przerw               [ __________________________ ]

Mówiąc, że deszcz padał „continuously” cały wieczór – zakładamy, że deszcz padał nieprzerwanie przynajmniej od popołudnia przez resztę wieczoru.

Mówiąc z kolei, że w Irlandii deszcz pada „continually” przez całą zimę – nie mamy na myśli, że pada bez przerwy przez kilka miesięcy zimowych, lecz że zimą w Irlandii często pada deszcz (tj. z przerwami).

Każdy z nas wie jak wygląda ząb. Wielu z nas nawet wie, jak nazywają się poszczególne zęby. Każdy wie, jak boli ząb. Każdy również wie, jak wygląda leczenie zęba u dentysty. Słowem – każdy z nas ma sporą wiedzę z zakresu stomatologii (tak nam się przynajmniej wydaje). Ale czy to oznacza, że możemy wyrywać ósemki i plombować ubytki? Nie bardzo. Jeżeli tak się zdarzy, że wymyjemy zęby niezgodnie z zaleceniami Towarzystwa Stomatologicznego, nic strasznego się nie stanie. Nikt nie umrze, nikt nie zachoruje. Opisując płaczące dziecko za ścianą w środku nocy, nie będzie miało większego znaczenia, czy użyjemy wyrazu continually, czy też continously.

W przypadku umów handlowych, opisów procesów technologicznych, bądź różnych instrukcji podstawowe znaczenie ma precyzja przekazu.  Gruntowna wiedza w zakresu semantyki danego języka obcego, której nie zapewni żaden komercyjny kurs, lektorat ani certyfikat, jest w takich sytuacjach niezbędna. Warto o tym pamiętać.

Udawana Szwedka oraz smażona wiedźma w hotelu Ibis

Powszechnie uważa się, że Szwedzi, albo szerzej –  Skandynawowie –  znają bardzo dobrze język angielski. Będąc ostatnio w Sztokholmie mogłem wielokrotnie  przekonać się o tym „na własne uszy”. Bardzo płynna i w zasadzie poprawna angielszczyzna z charakterystycznym, śpiewnym akcentem. Jedynym wyjątkiem była pewna pani w średnim wieku, która na moje pytanie, jak dojść do Gamla Stan (Stare Miasto), odpowiedziała – po polsku (!) – „zaraz… Gamla Stan.. to tam, tam” – wskazując ręką kierunek. W sumie miło i przyjemnie.

Językowe wysublimowanie próbowała zastosować pewna młoda dama, która chciała niepostrzeżenie „dołączyć” się do przedniej części kolejki czekającej na autobus mający zawieźć pasażerów na lotnisko. Wiadomo, autobus ma ograniczoną liczbę miejsc – osoby z końca kolejki musiałby czekać kolejne pół godziny na następny.  Młoda dama stanęła najpierw z boku kolejki, potem zaczęła przysuwać się do niej mikroskopijnymi krokami, próbując w ten sposób  „wtopić się” w stojącą obok rodzinę. Wyglądało to na opracowany i sprawdzony patent, bo nikt w widoczny sposób nie zwracał na to uwagi.  Bardzo nie lubię, gdy ktoś wpycha się bezpardonowo bez kolejki  (autobus lub pociąg, pas ruchu na drodze, itd.). Zwróciłem się do damy tymi słowy: „I am very sorry, but the end of this queue is about 20 metres back – over there”. Dama spojrzała na mnie i odpowiedziała „po szwedzku”: „Jag inte forstår på engelska” – co miało znaczyć, że nie rozumie po angielsku. Zdanie było całkowicie zrozumiałe, ale niepoprawne. We wszystkich językach germańskich „nie” stawiamy po czasowniku (np. I must not; ik spreek niet; jag talar inte; ich spreche nicht, itd.). W językach romańskich i  słowiańskich sytuacja jest inna – zazwyczaj nie umieszcza się przed czasownikiem (np. non parlo italiano, no hablo ingles, nie mówię po polsku, itd.).  Pani użyła polskiej / romańskiej składni, co dyskwalifikowało ją jako Szwedkę. Zresztą byłaby chyba pierwszą Szwedką niemówiącą po angielsku. Gdy powtórzyłem zdanie po polsku i wskazałem ręką koniec kolejki, Pani zdecydowała się nadal udawać, że nic nie rozumie, jednakże z obrażoną miną skierowała się na koniec kolejki. Udawała Szwedkę, czyli Greka. Ale polski chyba jednak znała, bo z torby wystawał jej Super Express.

Drugi ciekawy przykład to menu w restauracji sieciowego hotelu Ibis. Oprócz zatrważających cen (w końcu Szwecja to kraj, w którym – że zacytuję klasyka – „bogactwo aż piszczy”), znalazł się również kwiatek językowo-tłumaczeniowy. Szwedzki wyraz „rödtunga”, oznaczający solę cytrynową, został przetłumaczony na język angielski za pomocą słowa „witch” (czarownica, wiedźma). Z menu wynika, że po uiszczeniu 179 koron można dostać: „Wiedźmę usmażoną na maśle podaną ze szpinakiem w śmietanie, w sosie z białego wina i z młodymi ziemniakami” (butter fried witch served with creamy spinach, white wine sauce and new potatoes). Zastanawiam się, czy podają całą wiedźmę, czy też  tylko jakąś część – przysłowiowe skrzydełko, czy nóżkę. Bo jeśli całą, to w sumie wychodzi niedrogo.

Pomimo smażonych wiedźm i udawanych Szwedek udających Greka, Szwecja to jednak wspaniały kraj – bardzo przyjazny dla użytkownika. Rozumiem, dlaczego refren hymnu szwedzkiego kończy się tymi oto słowami: „Ack,  jag vill leva, jag vill dö i Norden” (Ach, ja chcę żyć, ja chcę umrzeć na Północy”).

Ibis menu